BLOG
17 Poznań Maraton
Poznański Maraton - 2016 po mojemu... :)
Poznań, tu trzeba wrócić...
W 2014 roku debiutowałem na dystansie maratońskim - tak się fajnie złożyło że akurat w Poznaniu. Pewnie też dzięki temu mam taki sentyment o tej imprezy i tego miejsca. Oprócz tego, impreza ta jest zawsze organizowana w jesiennej aurze która najbardziej sprzyja mi w długich biegach miejskich. Wszystko to się składa tak, że nie mogło mnie zabraknąć na Poznańskim Maratonie również i w tym roku.
Kibice the best!
Tegoroczny Poznań Maraton to był już 17 z kolei. Nie wiem jak wyglądały poprzednie i jaka panowała na nich atmosfera. Dla mnie to dopiero trzecia impreza z tego cyklu - i trzecia w świetnej atmosferze. Tu kibice nigdy nie zawodzą. Tu kapele grające na trasie biegu nigdy nie zamulają. Jest świetnie.
Plan: brak planu...
Na Poznań zapisałem się w sumie w ostatniej chwili. Jakoś tak mi wcześniej wyleciało to z głowy... tak odkładałem, odkładałem aż przypomniało mi się zaraz przed zamknięciem zapisów :) Plan na sam bieg był taki, że nie ma żadnego planu. Wstępnie chciałem sobie przebiec w okolicach 4h, może z lekką wizją złamania tych czterech godzin. Kubę (brata) też udało namówić na bieg - przegapił zapisy więc leciał na "cudzym" pakiecie ;) Kuzyn, Łukasz też biegnie... fajnie... nasz rodzinny team w komplecie. Łukasz był w poznaniu wcześniej więc ogarnął nam odbiór pakietów startowych - fajnie, nie trzeba się specjalnie fatygować do Poznania dzień wcześniej. Dzięki Łukasz! Ja się spiknąłem z Kubą po drodze, i dalej jednym autem jechaliśmy do Poznania. Po drodze kawunia na maku... hahaha... na kanapeczkę jakoś nie miałem ochoty ;) Choć ta kawa też nie była najlepszym pomysłem bo lekka zgada męczyła mnie w sumie do samego startu. Na miejsce dojechaliśmy na luziku, z lekkim zapasem czasowym - chwilę po 8:00. Akurat był czas by się przebrać, ogarnąć depozyty i się trochę pośmiać przed startem.
Z szarego końca...
Tak wyszło. Ustawiliśmy się na szarym końcu. Za nami, w strefie startowej było tylko zanieczyszczone smogiem powietrze i jakieś pojedyńcze zbłądzone dusze.. Ale to nic. Każdy z nas miał trudny sezon za sobą. I nikt z nas nie miał parcia na jakiś wynik. Od chwili startu... zanim ruszyliśmy się w ogóle z miejsca, minęło dobrych 7 minut :) Szał :) W sumie od chwili startu do przekroczenia linii startu minęło jakieś 10 minut :) A później... było już z górki. W zasadzie nie ma co się rozpisywać - na trasie nie było żadnych rewelacji, żadnych dramatów czy nagłych zwrotów akcji. Całą trasę w miarę równym tempem. Pod koniec, po 29 km zacząłem podkręcać śrubę. Ale strata była tak duża, że nadrobienie i złamanie 4h było w sumie bezsensowną próba. A jak było naprawdę? :) Patrz film na dole ;)
Czas na mecie: Brutto 04h10m55s, Netto 04h04m31s. OPEN: 3087, M30: 1266.
Pełne wyniki i notka z wydarzenia - w zakładce niusy (44 Dębno Maraton - 2017).
Komentarze
- Brak komentarzy
Skomentuj