BLOG
Bieg Rzeźnika Ultra 2016
Kilka słów o biegu Rzeźnika ultra - edycja 2016
Sen o "Rzeźniku"
Moje marzenia o Biegu Rzeźnika zaczęły się niedługo po tym jak zacząłem systematycznie trenować (czyt.: biegać). Jako niezaprawiony amator najniższego szczebla hierarchii biegowej - popełniałem wszystkie książkowe błędy opisywane zazwyczaj w rozdziale "błędy początkujących" :) Bardzo szybko zwiększałem kilometraż i bardzo szybko nabierałem apetytu na więcej. Tak samo sprawa wyglądała z celami i "marzeniami" jakie sobie obierałem do realizacji.
Na przełomie 2014/2015 roku miałem wielką zajawkę by pobiec w Rzeźniku. Dodatkowo, temat trochę napędził Marcin - znajomy ultras. Szukając pary na Rzeźnika dla swojego kumpla - pomyślał o mnie, zapytał, ja się zgodziłem. Zapisy wystartowały jakoś z początkiem grudnia o ile dobrze pamiętam - zapisaliśmy się i czekaliśmy na losowanie. Nie udało się... :(
Rzeźnik 2015 odbył się bez naszego udziału - teraz wiem, że jakbym miał choć troszkę determinacji to wyszarpał bym pakiet startowy jakoś przed samą imprezą. Taaaaak... teraz to wiem, wtedy nie wiedziałem. Nie wylosowali nas - to odpuściliśmy.
Kolejne podejście do Rzeźnika, to przełom 2015/2016. Scenariusz zeszłoroczny się powtórzył... zapisałem się w parze z bratem, niedługo po uruchomieniu zapisów. Losowanie nie było dla nas pomyślne... I wtedy przyszedł nerw... Też nie wiedzieliśmy wtedy, że tak łatwo jest odkupić pakiet niedługo przed zawodami... ale może dobrze ;) W akcie podniesionego "zdenerwowania", stwierdziliśmy, że biegniemy w takim razie setkę.
Decyzja o biegu na dystansie 100km miała drugie dno. Regulamin bowiem mówił, że weterani biegu rzeźnika oraz osoby które ukończyły bieg rzeźnika ultra są zwolnione z losowania klasyfikującego do biegu rzeźnika (tego standardowego). Czyli, skrótem mówiąc, naszym genialnym planem na dostanie się na bieg rzeźnika 2017 było ukończenie biegu rzeźnika ultra 2015 :) Wiem, wiem... to głupie. Wtedy wydawało się "genialne" :) Efektem ubocznym naszej decyzji była dodatkowa okazja - możliwość wystartowania również w tegorocznym biegu rzeźnika - po prostu dopisując się do listy startowej zaraz po ukończeniu Rzeźnika 100. Problem jednak był taki, że tydzień po ukończeniu pierwszej setki, jakoś nie widziałem technicznej możliwości ukończenia "zwykłego" rzeźnika.
Bieg Rzeźnika Ultra - informacja "o biegu"
Rzeźnik Ultra 140 (około 140km, D+ 6300m) oraz Rzeźnik Ultra 100 (około 100km, D+ 4500) to odpowiedź na oczekiwania niektórych zawodników, którzy miewali niedosyt po ukończeniu Biegu Rzeźnika w wersji z dodatkowym, ponad dwudziestokilometrowym odcinkiem (tzw. Bieg Rzeźnika Hardcore) albo w ogóle w nim nie startowali z uwagi na (w ich mniemaniu) trywialność tego biegu.
Przygotowania
Po zapisaniu się na bieg Rzeźnika Ultra - temat był prosty. Nie było żadnego losowania, nie było żadnego czekania - był czas na przygotowanie się. Czas zleciał szybko... za szybko :) Cały okres przygotowawczy przebiegał mi całkiem dobrze - no może z wyjątkiem pierwszych dwóch miesięcy, gdzie przez własną głupotę się rozchorowałem. Ale wyjazd rowerem na najwyższym tętnie nad jezioro, kąpiel i będąc wychłodzonym powrót rowerem w deszczu do domu... taaaaak, to musiało się tak skończyć... Tym sposobem od połowy grudnia do połowy lutego nie było nic biegane... Później się jakoś rozruszałem i trochę formę "zreanimowałem". Na początku kwietnia Dębno Maraton - fajnie, jako długie wybieganie. Z końcem kwietnia i początkiem maja byłem już w miarę wybiegany. Fizycznie nie czułem się tak przygotowany jak bym tego chciał - szczyt formy to to nie był. Ba, 70% mojej mocy to nawet nie było. Ale psychicznie byłem nastawiony bardzo optymistycznie - a to najważniejsze. Sam wyjazd mieliśmy już rozplanowany - wyjazd w środę. Dojazd długi, męczący ... plan był taki by być wcześniej, pojeść, zrelaksować się, bez spiny spać ile wlezie ... Im bliżej wyjazdu w Bieszczady tym bardziej pilnowałem swojej "diety", nawadniania na co dzień, wsparcie suplementacją no i jak tylko była taka możliwość to dużo snu.
Plan był piękny ale...
Rzeczywistość nie okazała się tak łaskawa by pozwolić życiu biec przeze mnie ustalonym torem. Kilka dni przed zaplanowanym wyjazdem sytuacja się mocno skomplikowała. Kłopoty zdrowotne w rodzinie i wszystko stanęło na głowie. Stresu mnóstwo... O regularnym śnie można zapomnieć... Posiłki... jakie posiłki...? Kompletny chaos na tydzień przed biegiem. Brat z rodziną wyjechali zgodnie z planem - nie wiedząc czy w ogóle mój wyjazd dojdzie do skutku, dałem do zabrania swój ekwipunek. Jakby jakimś cudem sytuacja pozwoliła - nie będę się bujał z walizkami przez całą Polskę. W środę wieczorem byłem pewny, że "już po zawodach"... Czwartek... niby trochę spokojniej... ale co chwilę zwrot akcji. W piątek nerwy w miarę na wodzy. Plan A już dawno nieaktualny. Plan B również. Ostatnia możliwość - desperacka - Plan C: jadę pociągiem w sobotę rano.
Ekstremalne zwiedzanie
Realizację wykonania planu C omówiłem z żoną. Zgodziła się. W piątek do późna jeszcze ogarniałem tematy i starałem się dopakować wszystko to, czego nie spakowałem do walizki (która już od środy czeka na mnie w Bieszczadach). Masakra... Stres kulminacyjny... wybiegać go nie mogę bo zaraz zawody... już za późno... A perspektywa następnego dnia...? Poszedłem spać koło 2:00 w nocy. O godzinie 6:00 budzik... wyprowadzić psa - trochę trzeba połazić, bo zostaje na cały dzień sam. Jakieś kanapki i wypad na autobus. Na dworzec dobujałem się na czas (sobota, godz.: 6:45, na ulicach pusto jakby miasto wymarło). Lekko zamotałem się na peronach bo remont na całego... ale ogarnięte, siedzę w pociągu.
"Intercity ZG-Rzeszów ... planowana godzina przyjazdu 16:34 ... no spoko. Do Rzeszowa przyjedzie po mnie brat i lecim na Cisną." Jak tak myślałem, wizja była spoko. Okazało się jednak, że czas nie chce szybko płynąc. A sen który miał mi umilać podróż - nie chce przyjść! F**k! Gdzieś tam w okolicach Opola udało mi się złapać drzemkę - myślę, że z godzinną. Kolejne próby kończyły się na zwykłym siedzeniu z zamkniętymi oczyma i natłokiem myśli w tle... I tak droga do Rzeszowa jakoś zleciała. Objadłem się porządnie. Nastrój mi nawet dopisywał - choć ze względu na ostatnie dni, nie czułem się zbyt komfortowo. Na Rzeszowskim dworcu akcja była szybka i sprawna - mimo że pociąg zaliczył około 15 minut spóźnienia, nikt na nikogo nie czekał. Wrzuciłem plecak do samochodu i kierunek Cisna.
Odprawa techniczna
Odprawa, jest jak się okazuje bardzo istotnym elementem każdego biegu. Szczególnie takiego biegu który odbywa się pierwszy raz nową trasą, lub jest to bieg który istnieje od niedawna. Bieg Rzeźnika Ultra pasuje pod obie te definicje. Była to druga edycja biegu - więc nie jest to bieg z długa historią gdzie inni biegacze znają trasę na pamięć, i gdzie można czuć się jak na "starych śmieciach". Oj nieeee... Mało tego, w związku z całym tym zamieszaniem jakie wynikło przez niedogadanie się organizatorów z Bieszczadzkim Parkiem Narodowym - trasa 2 Biegu Rzeźnika Ultra nie mogła być poprowadzona tak jak rok wcześniej. Wszystko się zmieniło! Międzyczasy się zmieniły, lokalizacja przepaku się zmieniła, limity czasu na punktach się zmieniły... A zapis nowej trasy opublikowano na stronie biegu, chyba na dwa dni przed biegiem.
Prosto z Rzeszowa pojechaliśmy pod biuro zawodów. Odebraliśmy swoje pakiety i jak się okazało - załapaliśmy się na odprawę techniczną. Wbrew temu co pisano w regulaminie - odprawa miała być o godzinie 21 - na godzinę przed startem. Okazało się, że odprawy są co godzinę - zaczynając bodajże od 19:00. Zdążyliśmy na odprawę... ale nie zmienia to faktu. że daliśmy dupy. Słuchanie jednym uchem tego co organizatorzy mają do powiedzenia - nie wystarczy. Szczególnie w tych okolicznościach. Nie notowaliśmy lokalizacji punktów kontrolnych, nie notowaliśmy uwag, nie notowaliśmy limitów czasowych (które się zmieniły)... ba!... nic nie notowaliśmy. W pakiecie była stara mapa... znaczy z naniesionymi starymi trasami... żeby chociaż na niej sobie zanotować uwagi... ale po co?! hahaha ... Wszystko to się na nas później zemściło.
Kolacyjka i relaksik...
Tak było w marzeniach. W rzeczywistości poszliśmy do lokalu nieopodal biura zawodów żeby coś zjeść. Dość szybko pochłonąłem jakąś regionalną odmianę pierogów - smażone, nadziewane jakimś serem i ziemniakami. Takie ruskie ale nie ruskie. Później akcja pakowanie. Co prawda miałem czas wcześniej, ale nie planowałem aż takiej dezorganizacji wszystkiego... poza tym, w momencie gdy pakowałem swoje rzeczy do wyjazdu, plan był taki by wyjechać w środę - a nie w sobotę, w dniu zawodów. W tak zwanym "międzyczasie" nie było czego pakować bo walizka ze sprzętem pojechała beze mnie w Bieszczady ;)
Torba pełna żeli, łakoci i witamin ;)
Pakowanie było bardzo szybkie, nerwowe, ... chaotyczne?. Nie wiadomo ile czego wziąć, nie wiadomo co na przepak wrzucić... Czas leci... zaraz trzeba wychodzić by z pensjonatu dojść na linię startu. Błędy w pakowaniu były... kabanosy spakowałem niepotrzebnie, było mi po nich źle i nie zjadłem wszystkiego co zabrałem. Na szczęście tylko na przepak one trafiły. Ubranie... wielki błąd! Długie spodnie które do 50km tak mnie wku**iały, że to się w głowie nie mieści. Wszystko w biegu i na styk. OK, spakowani, gotowi...
W drogę...
Na starcie byliśmy, jak wypada by pasowało do konwencji całej reszty, na styk. Gdy dotarliśmy na miejsce, na linii startu ustawiony był już pokaźny tłum zawodników. A my jeszcze z workami na przepak w łapach ;) Zanim się przedostaliśmy do auta żeby zostawić depozyty, to już w głośnikach leciały komunikaty zapowiadające odliczanie do startu... fiu fiu... ale ten czas leci. Szybka fota przed startem... rozmyta, lipa, a jakże, ale jest :)
I wystartowali! Chociaż... moment, moment... należało by napisać: iiiiiiiiii wyyyyyy-staaaaaaaa-rtooooooo-waaaaaaaa-liiiiiii ;) Wiadomo jak jest... powolutku, leniwie. Zanim się wyturlaliśmy z okolic orlika to trochę zeszło... asfaltowa prosta przez Cisną w miarę żwawo i zaraz byliśmy w ciemnym lesie. Pierwsze kilometry fajne, trasa prowadziła szerokimi szutrami i drogami wysypanymi jakimś tłuczniem skalnym. Można było lecieć komfortowo, dość szybko i bez obawy że gdzieś się źle stanie i kostkę załatwi czy zaliczy glebę ;) Widoki też niepowtarzalne... sznur czerwonych lampek przed nami i szur białych lampek za nami... coś niesamowitego. Do pierwszego punktu z wodą było naprawdę luzacko. Później zaczęło się robić ciasno... wąskie szlaki, ścieżynki na podejściach pod górę. Dzięki temu, widoki jakie się podziwiało to własne nogi i dupa osoby będącej przed nami na szlaku. Uogólniać nie można, ale generalnie tak to wyglądało :) 20-35km to była taka mieszanka... albo widok dupy osoby biegnącej przed albo chwila gdzie można było zerknąć na jakiś widok krajobrazu. Najpiękniej było w okolicach 2:30 - 4:00. Biegnąc już szczytami na pograniczu polsko-czeskim, piękny księżyc jasno nam przyświecał, na niebie niemal żadnych chmur... piękne widoki. Przepiękne krajobrazy w blasku księżyca. W dolinach miejscowo pojawiająca się mgła... ech... cudnie. Około godziny 3:15-3:30, na zupełnym pustkowiu, biegnąc wzdłuż granicy, spotykamy kibiców z Czech :) Jak gdyby nigdy nic, stoją i kibicują :) Szok! Później jeszcze spotkaliśmy Pana w mundurze, pogranicznika... ale to było gdzieś dalej, chyba w okolicach 35km. Kilometry leciały a ja cały czas cierpiałem... cierpiałem psychicznie z powodu własnej głupoty... "po co ja brałem te spodnie...?!" W myślach rzucałem epitetami... hehe. Na zbiegach musiałem spodnie trzymać w pasie bo mi spadały. Na podbiegach grzało mi się dupsko... gorąco mi w nogi... koszmar. Od 36km do 50km było z górki... w przenośni i dosłownie. Profil raczej płaski, delikatnie w dół. Sygnał do niepokoju pojawił się na 38km, gdy dobiegliśmy do punktu z wodą załoga z obsługi nam mówi, że za kilkanaście minut zamykają punkt... "yyyy... ale jak to?". Do tej pory przekonani, że limit na przepaku jest do godziny 7:00, jak według starej rozpiski (dla starej trasy) - teraz okazuje się, że mamy czas do 6:30. Wyparowało nam 30 minut. Założenie postawione przed biegiem mieliśmy takie by pierwsze 30km biec MEGA-energo-oszczędnie. Tak zrobiliśmy. Teraz trzeba wprowadzić korektę i biec trochę szybciej niż miało być. Hmmmmm... I tak trzymając te je***e spodnie jakoś udało się dobiec do przepaku. Oj, mieliśmy niewielki zapas czasu. Połowa trasy za nami, ostatnie 12 km nas zmęczyło nieco bardziej niżeli żeśmy wstępnie zakładali, a na dodatek okazało się że limity na punktach są dla nas niewiadomą. Cóż, było słuchać na odprawie a nie myśleć o niebieskich migdałach.
Przepak! W końcu! Wskoczyłem w krótki spodzień, zmieniłem koszulkę, bieliznę, skarpetki... gitarka. Tak jakbym dopiero zaczął bieg. Jeszcze tylko ryż z jabłkiem, popitka colą. Fajnie jest. Nie wiem co mnie pokusiło ale z worka wyciągnąłem kabanosy i kilka wchłonąłem. Jeszcze jeden na drogę i poszli. Po drodze, niedługo po opuszczeniu punktu spotkaliśmy filmowca z TV Beskid... haha jeszcze się nabijałem że to Vege Kabanosy ;) Po kilku kilometrach nie było mi do śmiechu... tak mi się tym dziadostwem odbijało, że głowa mała. No... tego jeszcze nie było. Na szczęście jakoś to przemęczyłem, nie muliło mnie mimo tej zgagi i żołądek jakoś przetrwał. Mało brakowało... tak czuję... ale wróćmy do biegu. Etap 50-72km to była masakra! Zajęło nam to 5 godzin! Muszę przyznać, że jeszcze nic mnie nigdy nie sponiewierało w taki sposób :) Nawet nie wiem od czego zacząć i czy da się to jakoś krótko i zwięźle opowiedzieć. Tyle się składowych złożyło na to cierpienie ;) Na pewno główny czynnik to zawalone przeze mnie odżywianie. Po spożytym na przepaku kabanosie, nie bardzo miałem smaka na coś słodkiego - czyt.: przestałem jeść żele. Na szczęście piłem zgodnie z grafikiem i się nie odwodniłem - bo było by pozamiatane. Jakoś koło 60km zaliczyłem dół energetyczny. Podejście, dość strome, takie równomierne i ciągnące się w "nieskończoność". Czuję, że coś słabo mi się idzie. Sił zaczyna brakować... ERROR! Muszę się zatrzymać. Zatrzymałem się. "Czekaj..." mówię do brata. "Muszę usiąść...". Kompletne wyjechanie, nie mam siły. Od razu z plecaka wyciągam żelki i zaczynam je zjadać. To był ostatni moment żeby zareagować tak, by nieodwracalnych zniszczeń nie było. Posiedziałem dosłownie kilka minut, zjadłem prawie całą paczkę żelków. "OK, ciśniemy". Wstałem powoli, krótki krok... kontrolnie, zapobiegawczo. Jest OK. Można napierać. Kryzys zażegnany. Od tej pory pilnowałem żywienia jak oka w głowie - przypominacz kazał to jadłem. Czy mi się chciało czy nie. Do samego końca już zasilanie nie zawiodło. Etap do punktu kontrolnego na 72km zaczął być interesujący na nowo około 65km. Gdy w rozmowie z napotkanymi biegaczami zaczęliśmy dochodzić ile czasu nam zostało do limitu na punkcie. Okazało się, że jeżeli nie pociśniemy to nie zdążmy. Ostatnie 4 km przed punktem to był hardkor. Na czele cisnęła dziewuszka, telefon do organizatorów, że lecimy grupą na punkt, żeby w razie "W" przetrzymali kilka minut i nas puścili poza limitem. Zbiegi w zasadzie sprintem. No szczerze? Czułem się tak jakbym leciał jakiś górski półmaraton. Tempo urywało dupę. Szczególnie, że to było już prawie 70km w nogach. Stromo. Błoto. Glina. Na pełnej mocy wylatujemy z lasu, ostry zwrot na asfaltowej szosie. W oddali widać punkt... napieramy sprintem dalej. Załoga z punktu krzyczy, dopinguje. No niebywałe! Szybko przemykamy przez pomiar czasu... mijamy stoliki chwytając butelkę koli i padamy na trawie...
Gdy na jednym ramieniu jest dobry duszek, a na drugim zły duszek...
Wtedy ten zły duszek mówi: "Odpuść stary! Już masz dość, po co to wszystko...?". A ten dobry duszek? A to różnie. Mój duszek darł ryja: "Wstawaj! Wystarczy odpoczynku, czas leci. Daleko jesteś, tu nie ma odwrotu. Za daleko by odpuszczać!". Brat zrezygnowany. Siedzimy na trawie przy krawężniku. To jakiś parking czy coś... mało łapię szczegółów. Jestem bardzo zmęczony. Niedobory snu i odpoczynku bardzo dają mi się we znaki. W głowie silna motywacja która pcha do przodu. Ktoś z wolontariuszy nam nalewa wody do bukłaków. Idę po więcej coli... tą już wypiliśmy. Obsługa punktu nas pyta czy kontynuujemy bieg. "TAK", odpowiadam. "To musicie się zbierać bo zaraz musimy zamykać punkt. I tak przeciągnęliśmy". Kuba nie jest przekonany co do dalszego biegu. Ostatnie kilka kilometrów mocno odczuł. Wiem, że to nie było jego tempo - szczególnie na zbiegu. Tym bardziej że od 25-30km narzekał na ból kostek które sobie trochę poturbował na zbiegach po luźnych kamieniach. Nogi go bolą, w jednej łydce ma gotowość skurczową... "Dawaj! Na razie idziemy. Zobaczymy jak będzie." - motywuje jak mogę. Ruszyliśmy. Kuleje. Opuszczamy punkt. Asfaltem idziemy kawałek, trasa zawija na szutrową drogę. Nie jest specjalnie pod górkę, zaczynamy coś truchtać. Udało się nogę rozchodzić. Mamy dużo czasu...
21km w 4.5 godziny...? Pikuś!
I po Pikusiu. Choć z pozoru czasu było bardzo dużo, to w praniu wyszło, że nie koniecznie. Pierwsze 5 km od momentu zejścia z drogi to w zasadzie jedno wielkie podejście, coraz bardziej strome. Jeszcze na dobre kryzys z 72km nie minął więc po prostu trucht przeszedł w marsz. 80-87km to dla mnie czarna dziura... byłem wyjechany. Z górki, pod górkę. Trochę zbiegu, podejście, trochę zbiegu i podejście. Kuba prowadził swoim tempem, a ja za nim... nawet nie wiem kiedy przełączyłem się na tryb auto-pilota. Chwile przebłysku świadomości i monolog w myślach: "ja pier**lę, zaraz padnę na twarz i zasnę". W oczach efekt śnieżącego obrazu... jak w analogowym TV. Tak mi się chciało spać! Na punkcie 72km były żele z kofeiną. Wziąłem dwa. Przypomniało mi się o nich teraz. Wyciągam jeden z kieszeni... o! z kofeiną! Rozcieńczony, szybko wchodzi. O smaku coli. I jakby mi ktoś z liścia zapodał. Przebudziłem się. "Musimy przyspieszyć bo jesteśmy mało bezpiecznie w limitach". Szacuję w głowie ile czasu potrzebujemy by dolecieć do punktu na 92km. Ostatnie 5km to już był jakiś kosmos. Tempo lekko szarpane, ale później elegancko. Kilometry leciały. Zaraz Duszatyn, mega ciekawy fragment trasy. Przebłysk świadomości :) Dobiegamy do punktu - 92km.
Już z górki...
Przejście przez rzekę zaraz za punktem. Jakoś nie byłem przekonany... Kuba też. Idziemy górą. Wspinamy się na tory kolejowe, przechodzimy górą nad rzeką. Przemyślenie później - to było niepotrzebne. Kawałek dalej kolejna przeprawa przez rzekę. Nie będziemy drałować na torowisko przecież :) Trzeba pobrodzić. Wejście do wody super! Ale mega fajne orzeźwienie! Aż chciało by się położyć w tej wodzie i tu zostać. Już nie daleko... będzie czas by odpoczywać. Po wyjściu z wody przez chwilę jeszcze było fajnie... później każdy kawałek stopy zaczyna dokuczać. W ciągu kilkunastu minut czuć jak nogi przechodzą przemianę... w kalafiory :) Przepraw przez rzekę było kilka, chyba 3 poza tą którą obeszliśmy torowiskiem. A później 10km asfaltowy odcinek już do mety. Idziemy. Nie chce nam się już forsować. Im bliżej mety, tym bardziej mnie targają emocje. Chcę biec do mety! "Dawaj, biegniemy!" - motywuję. "Ponad 100km za nami a Ty mi karzesz biec?!". Hehehe :) Nie zapomnę tego :) Trułem Kubie dupę kilka minut, trochę ponad półtorej kilometra do mety, biegniemy! Ależ radość. Mijamy turystów na trasie, kibicują. Biją brawo. Widać już metę... biegniemy! Mimo zmęczenia, mimo senności i bólu. Biegniemy! Meta! Na głowę zakładają medal... jest ulga! Zdążyliśmy! Jeszcze pół godziny zapasu do oficjalnego limitu. Elegancko. Najważniejsze, że bieg ukończony! To było coś! Razem z nami kończy bieg wielu biegaczy z dystansu 140km.
Uwaga, zaraz nastąpi planowane odłączenie zasilania.
Na mecie wypiłem pół kubeczka piwa - poczułem lekką śrubę. Zjadłem garść makaronu z sosem... szybki telefon do żony. Jestem cały, jestem na mecie, jestem szczęśliwy! Uuuuuu :) Mimo, że starałem się z trasy choć szybkiego krótkiego SMS-a wysłać, to jednak nie wszystkie dochodziły i kontakt był taki sobie. Teraz już jest luz. Zameldowałem wykonanie zadania. Widzę, że Kuba już przy busie stoi i woła żebym się zbierał. Ładujemy się do busika który nas odwiezie do Cisnej. W środku panuje mega smrodek... tak jakby władowali do niego kilkunastu ultrasów po 20 godzinach biegu. A nie... czekajcie, tak właśnie było :D Nam nic już nie przeszkadzało. Kierowca zapier***ał jak dzik :D Lataliśmy jak worki ziemniaków na pokładzie tej piekielnej maszyny. Nic nam nie przeszkadzało.
Podróż szybko zleciała. Gadka szmatka o różnych biegach, o organizacji biegu itd. Standard. W Cisnej, wyjście z busika pokazało nam co to znaczy mieć w nogach ponad 100km. Wszystko zesztywniało. Każdy krok po wyjściu z samochodu był trudny i bolesny. Zejście na pobocze drogi przypominało w moim wykonaniu chód niemowlaka ;) Trochę się rozchodziłem i było ok. Wolę nie myśleć jak moje stopy wyglądają... Nie widziałem ich od dawna ;) Poszedłem odebrać nasze depozyty, od razu zgarnąłem Rzeźnika z Ursy. Kuba poszedł w stronę chaty. Komplikacje z transportem (okazało się że zabrakło paliwa, dłuższa historia). Dotarliśmy jakoś do miejsca gdzie nocujemy - powoli dobijała 21:00. Szybki prysznic, kalafiorki nasmarowałem sudokremem. Kolacja... Zjadłem kawałek mięsa, coś tam jeszcze... ziemniaki chyba z surówką... Rzeźnickie piwko rozlałem na trzy filiżanki. Ostatni łyczek piwa już spiłem na półświadomce, czułem się jakbym się upił całonocnym piciem. Położyłem się w łóżku i tyle było po mnie... zasilanie zostało odłączone. Moje bateryjki wytrzymały 9h w pociągu, 2.5h w busie, 20h biegu, 1.5h włóczęgi ... i kolację :)
Komentarze
- Brak komentarzy
Skomentuj