BLOG
DFBG Kudowa-Bardo-Lądek 2016
Mój start w biegu KBL w ramach DFBG 2016...
Ale to już było...?
Niewiele brakowało i tak właśnie by było. Mój zeszłoroczny plan biegowy przewidywał debiut w biegach ultra właśnie startem w K-B-L. Tak też pewnie by się skończyło gdyby nie to, że na jakieś dwa tygodnie przed startem... - speniałem i przepisałem się na bieg Ultra Trail 65+. Wtedy czułem się niewystarczająco przygotowany, dwa miesiące przed startem jakoś niespecjalnie miałem wybiegane i po prostu psychicznie nie czułem się pewnie do startu na ponad 100km. Teraz, z perspektywy czasu (czy nawet po samym biegu na 65+) wiem, że dałbym radę bo formę miałem OK. Ale... było, minęło. Tego typu sytuacje też są dobre, też czegoś uczą.
Rok później - czyt.: lepiej późno niż wcale.
Po roku wracam do Lądka. 4 edycja Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich, trasa K-B-L 110km. Tym razem jestem gotowy. Psychiczne nastawienie wręcz nieporównywalnie lepsze niż rok wcześniej. Bardzo dużo pomógł mi start dwa miesiące wcześniej w Rzeźniku Ultra. Teraz już zupełnie inaczej się podchodzi do biegu na takim dystansie. Wiadomo co to jest, z czym to "się je" itd. Jedyne czego się obawiałem, to krótki okres regeneracji pomiędzy biegami. Nie można jednak zapominać, że to był pierwszy mój bieg na dystansie ponad stu kilometrów - jakie by nie było przygotowanie, to dla organizmu to coś nowego. Zanim się pozbierałem po Rzeźniku, minęły dobre trzy tygodnie bo nie obyło się bez komplikacji. Później próba powrotu do formy. Celowo piszę próba, bo nie sposób pozbierać się tak szybko - szczególnie gdy jest się amatorem na takim levelu.
Plan był piękny ale...
Tak można podsumować. Zupełnie jak w przypadku startu w Cisnej. Chociaż to rozjechanie się planu, niekoniecznie da się porównać do tego sprzed dwóch miesięcy. Ale może od początku...
Po ostatnim starcie miałem dłuższą przerwę niżeli było to w planie. O dwa tygodnie mi się grafik rozjechał. Mimo komplikacji udało mi się jakoś rozsądnie rozbiegać - fizycznie nie czułem się w dobrej dyspozycji, ale powiedzmy w wystarczającej. Wyjazd do Lądka miałem rozplanowany dużo wcześniej. W tym aspekcie wszystko zadziałało tak jak miało zadziałać. W środę koło południa byliśmy już na miejscu. Start w piątek wieczorem. Trzy dni odpoczynku - super. Po biegu zaplanowałem zostać jeszcze w Lądku całą niedzielę i spokojnie po południu wrócić do domu. Przy okazji z wyjazdu zrobił nam się rodzinny mini urlopik :) W samym biegu natomiast, mieliśmy wystartować w trójkę. Razem ze mną miał pobiec mój brat - Kuba, oraz Łukasz - mój kuzyn, debiutujący na dystansie ultra. Z Kubą biegliśmy już trzy biegi na dystansie ultra, z czego jeden to trening 60km. Z Łukaszem też swoje pobiegaliśmy, kilka maratonów, jakieś krótkie treningi, ale nic ponad 50km. Łuki jest ambitny, robi szybki progres. Okres przygotowawczy przed samymi zawodami śledziłem uważnie. Jego treningi napawały optymizmem i momentami się śmiałem, że odstawi nas na trasie i dolecimy do mety kilka godzin po nim :) Na tej płaszczyźnie nie spodziewałem się żadnych komplikacji. Sytuacja zaczęła się robić ciekawa na początku lipca - po udanym starcie w Szczecińskim Triatlonie, Kuba zaliczył glebę na rowerze i się poturbował. Kilka dni zajęła dokładniejsza diagnostyka. Nic nie połamał ale start za niecałe 3 tygodnie stał pod znakiem zapytania. W zasadzie to było niemal pewne, że nie pobiegnie. Możliwie najszybciej rehabilitacja. Na dwa dni przed startem fizjoterapeuta, masaże. Jakoś go tam połatał. Chłopaki dotarli do Lądka w czwartek na noc. Kuba był już nastawiony wyłącznie na start w Trojak Trial-u, ale odbierając pakiet na K-B-L coś w nim pękło... hehehe :) Dzwoni do mnie z pytaniem czy mam jakiś nadmiarowy sprzęt by go użyczyć. Swoich maneli nie zabrał wszystkich bo nie przewidywał startu na stówkę. Pas biegowy, jakoś nie wiem czemu, przed samym wyjazdem zabrałem z bagażnika i zaniosłem do mieszkania więc nie mogłem użyczyć. Miałem za to dwie kurtki, nrc, dobre i to. Resztę sprzętu kupił na stoiskach zlokalizowanych w okolicy biura zawodów :) Spontan!
Spokojnie jak na wojnie :)
W dzień startu pełen luzik. Pospałem ile mi się dało - na 9:00 śniadanie, więc nie wylegiwałem się do południa. Trochę się pokręciliśmy, jakieś zakupy - żelki na bieg, izotonik na drogę do Kudowy, jakiś banan przed startem. Nie szczędziłem sobie węglowodanów ;) Zresztą, niczego sobie nie szczędziłem. O 15:00 się umówiliśmy na obiad ze wszystkimi. Rozważaliśmy wyjazd na start naszym autem ale doszliśmy do wniosku, że super czasu na tym nie ugramy więc jedziemy zorganizowanym transportem. Obiad był elegancki - jak zawsze w Abakusie (polecam). Czas szybko zleciał. Na 17:15 się umówiliśmy w okolicach startu. Jeszcze trzeba się spakować. W sumie to dopakować, bo część już miałem ogarniętą.
Wycieczka autokarem
To była jakaś masakra. Krótko i zwięźle - masakra. Ponad półtorej godziny w autobusie. Gorąco jak diabli. Pierwszy autobus odjechał wypakowany biegaczami. Drugi podstawiony już w komplecie. Atakowaliśmy trzeci. Mi się trafiło miejsce z wszelkimi wygodami - najpierw stojące, później siedzące a na koniec leżące. Wszystkie te trzy miejsca na tym samym, półtorej metrowym kawałku podłogi pomiędzy rzędami foteli. Jeszcze autobus nie zdążył ruszyć a ja już byłem mokry i zgrzany. I jedno wiem na pewno, następnym razem pier**lę i nie czekam na nikogo. Umawialiśmy się na 17:15 przy depozytach, oni przychodzą 17:30 koło autobusów. Gdybym nie czekał, to posadził bym dupsko w autobusie, w miejscu jakie mi się podoba i chociaż nerwów bym tyle nie stracił. Bo gorąco było by tak samo, i tak samo długo ten autokar by się toczył (te 60 kilometrów) do Kudowy. Nic tam - lekcja do zapamiętania: następnym razem nie czekać, bo najgorzej na tym wychodzę.
Po drodze... cóż... frajda jak nic ;) Wszechobecny zapach maści rozgrzewających, potu, wszystkiego co możliwe... A co to by było po biegu... wracając np z Kudowy po ukończeniu 130km. Fiu fiu... wolę nie myśleć o tym. Nie teraz, to zły moment. Źle mi się stoi w tym autobusie - siadam. Jakoś tam te 30 minut minęło. 45 minut... jakoś leci. Dupsko mnie boli. Podłoga obita jakąś wykładziną ale twardo i tak. Wiercąc się zaczynam się irytować. Zakorkowane Kłodzko... Kilka razy sprawdzam na GPS gdzie jesteśmy, czy daleko jeszcze? Ja pie**olę! Ale się wlecze... Ostatecznie układam się leżąc trochę bokiem. Wąskie to przejście. Siedząc moje ramiona z trudem mieszczą się między rzędami foteli. Jakbym położył się na plecach to już piździec... zaklinował bym się i bym już nie wstał ;) Rozdeptali by mnie. I tak w tym przemiłym nastroju lekkiego wkurwa (przy okazji pozdrawiam wkurw team) doczłapaliśmy się do Kudowy. Dramatyczna podróż. Wypuście mnie stąd!
Startujemy, wreszcie!
Jaka była moja ulga gdy już nadszedł czas startu. W tej Kudowie klimat jakiś taki ciężki, dużo bardziej ospały niż w Lądku. Niby ludzi sporo ale jakoś tak entuzjazm kibiców średni. W okolicy startu szykuje się jakaś balanga. Scena rozstawiona na amfiteatrze, jakieś próby w toku, jeden spiker zagłusza drugiego. Będzie się działo. Kuracjusze już nerwowo tupią nóżkami ;) Nic tam, nic tam. Ostatnie siku przed startem, chwilę posiedzieliśmy na trawniku - zjadłem banana, popiłem izo. Jestem gotowy.
Pierwsze kilometry trasy były bardzo przyjemne. Wszyscy biegliśmy w dość zwartej grupie i trochę już się martwiłem, że stawka się za szybko nie rozciągnie. Moje zmartwienia okazały się zupełnie niepotrzebne bo jak się okazało, grupa się rozmyła na pierwszych kilkunastu kilometrach. Pierwsze dwie godziny biegu było widno, a trasa pozwalała momentami się rozejrzeć i podziwiać widoki. Zanim dotarliśmy do Pasterki, zaczęły się komplikacje których nasz plan nie przewidywał. Gastro awaria jelita u Kuby. Nie będę się specjalnie rozpisywał - zaliczył wiele postojów na pierwszych 15km trasy. My z Łukaszem biegliśmy bardzo lajtowym tempem aby w miarę trzymać "szyk" - Kuba nas doganiał i lecieliśmy dalej. Przed samą Pasterką niemal się nie pogubiłem. Na rozwidleniu dróg, na łąkach źle odczytałem oznaczenie trasy umieszczone na drzewie - zamiast iść za znakiem festiwalowym to zasugerowałem się namalowaną farbą strzałką. Na szczęście jakieś 50m dalej się zatrzymałem i wróciłem się do Łukasza który zatrzymał się na rozdrożu. Na szczęście był czujny i wyłapał mój błąd. Kilka osób przed nami pobiegło w złym kierunku - gwizdaliśmy i wołaliśmy że trasa tam nie prowadzi. Zatrzymali się... my ruszyliśmy dalej właściwą drogą. Mam nadzieję że zagubieni też wrócili na właściwy kurs. Droga ta prawdopodobnie prowadziła na Szczeliniec, tyle że z pominięciem punktu kontrolnego w Pasterce.
Pasterka, punk, obsługa punktu, klimat... BOMBA! Człowiek mógłby tam zostać najchętniej i całą noc :) Ale nie ma tak dobrze :) Poczekaliśmy chwilę na Kubę - którego gdzieś na trasie zatrzymały "ważne sprawy", podjedliśmy, wypiliśmy piwko na trzech... i ruszamy dalej. Nie wiem czy po tym piwie czy ot tak, ale po opuszczeniu pasterki niemal zaliczyłem glebę... trzykrotnie ;) Ale obyło się bez finiszu na ziemi i kostek sobie nie zdewastowałem.
Weź stoperan!
W bieganiu jestem raczej narwańcem i często przekalkuluje swoje możliwości. Chociaż, szybko się uczę. I z każdym kolejnym biegiem jestem bardziej ostrożny. W zawodach, szczególnie górskich i na dystansach maratońskich i więcej - jestem mocno zapobiegawczy. Zawsze mam ze sobą "mini apteczkę". Nie jakiś pakiet medyczny ale raczej awaryjny pakiet farmakologiczny ;) Zawsze mam ze sobą jakieś plasterki, NRC, słabszy i mocniejszy środek przeciwbólowy, stoperan oraz czasem jakieś tam tematy na obtarcia. Nie musiałem nigdy korzystać z pakietu ale mam. Dzisiaj przydał mi się stoperan ;) W zasadzie nie mi. Po zaaplikowaniu tabletki pozostało czekać, czy i kiedy zadziała. Do 32 km jakoś szło. Trochę z Łukaszem pozbiegaliśmy, trochę biegu jakimś rozsądnym tempem. Ale w ogólnym rozrachunku było bardzo wolno. Ostatecznie, w okolicach 35 km Kuba ewidentnie pokazuje że ma dosyć. Czuje jakieś skurcze w brzuchu. Tabletkę zaaplikował jakiś czas temu - nie wiadomo czy już zaczęła działać. Leków rozkurczowych nie mam. Oszczędnie pije, nie chce jeść od jakiegoś już czasu. To prosta droga do odwodnienia. Z drugiej strony, jak wszystko przez nas przelatuje to ciężko jest pić i się nawadniać...
Nie jest dobrze. Po krótkiej pauzie podejmujemy decyzję: holujemy do najbliższego punktu. Zobaczymy w jakim będzie stanie. Na chwilę obecną zakładamy że tam zrezygnuje - będzie możliwość powrotu do Lądka. Stąd, to same kłopoty. Musi wytrzymać. Jakaś tam nadzieja pozostaje, że uda mu się pozbierać i kryzys żołądkowy minie... powoli ale ruszamy na 40km, do punktu w Ścinawce.
Na punkcie sytuacja nie wygląda lepiej jak 5 kilometrów wcześniej. Kuba podejmuje decyzję, że rezygnuje - wraca do Lądka. Na miejscu jest już kilka osób oczekujących na transport do Lądka, zaraz będą ruszać. To szczęście w nieszczęściu. Powoli zaczyna świtać. Ogarniamy sytuację ze sprzętem. Ubieramy kurtki bo zaczyna być chłodno. Kilka kosteczek sera, jakieś koreczki, popiliśmy cola i w drogę. Najbliższe kilometry leciało nam się bardzo fajnie. Trasa taka mocno lajtowa. Bardzo dużo odcinków asfaltowych, pomiędzy zabudowaniami. Troszkę wniesienia, troszkę z górki. Można biec i jednocześnie trochę odpoczywać. Szkoda mi było, że Kuba musiał zrezygnować. Cóż, tego typu sytuacje też się zdarzają i nie wszystko zależy od naszej formy i wytrenowania. Tak to już jest. A w biegach ultra, takich niespodziewanych czynników decydujących o ukończeniu biegu jest bardzo wiele.
Wszystko było super...
Było... Biegło się bardzo dobrze przez kolejnych kilkanaście kilometrów. Na 50-51km wszystko działo się już dużo wolniej... Nie było etapu jakiegoś przeskoku, żeby można było zauważyć że coś się stało. Po prostu zaczęliśmy zwalniać. Po kalkulacjach poczynionych w głowie zaczęło mi się zapalać czerwone światełko. Analizowałem nasze postępy na odcinku 5km i doszedłem do wniosku, że musimy przyspieszyć bo nie mając żadnego zapasu czasu - po prostu nie damy rady ukończyć biegu. Przed nami zaraz punkt w Wilczej Przełęczy - ok 61km trasy. Do następnego 12km - będzie to już przepak w Bardo. Tym tempem robimy 4km w godzinę.
Nie jest dobrze. Na płaskim i zbiegach mobilizuję Łukasza do biegu. Napęd nie daje rady... :( Pytam o stan systemów, analizujemy sytuację. Na szybki marsz też nie możemy sobie pozwolić. Wilcza Przełęcz za nami. Deklaruję że idę z Łukaszem do Bardo. Tam ostatecznie decyduje czy będzie w stanie kontynuować bieg - co wiąże się z przekalkulowaniem zapasu czasu i zwiększeniem tempa.
To były bardzo długie kilometry, moje najdłuższe 12 km. Moje wychodzenie na front i lekkie przyspieszanie tempa nie daje rezultatu - zającem już dzisiaj nie będę. Marszem dobijamy do Bardo. Przez miejscowość trasa fatalnie poznaczona. Spotykany przez nas co jakiś czas biegacz błądzi jak we mgle. Co nas wyprzedzi to my go doganiamy błąkającego się na skrzyżowaniach i szukającego taśm i oznaczeń kierunku biegu. Trafiamy ostatecznie na przepak!
Chwila odetchnięcia
Ostatniego odetchnięcia - to wiem. Teraz będzie trzeba napierać. Przepak poszedł mi bardzo sprawnie. Przebiegając mostem przez rzekę zacząłem już nabierać trochę tempa. Przystań przy rzece, jakieś spływy tu urządzają czy coś... Widzę oznaczenie na przepak, cisnę... ścieżynka jakoś zaczyna mi się dłużyć... "Boże, ale skitrali ten punkt" sobie myślę. Ponad 70km w nogach, robię się lekko marudny ;) Od rozwidlenia i parkingów kawałek asfaltem. Po drodze mijam koleżkę z którym wcześniej na trasie chwilkę razem biegliśmy i prowadziliśmy pogawędkę. Mijając się mówię: "siema, dogonię Cię". Hehe :) Pierwsze co na punkcie to wodopój. Popiłem coli, zjadłem kawałek banana. Wolontariusz mnie pyta czy coś zjem... rosół, bigos proponują. Poprosiłem o sam makaron z rosołu ;) Dotankowałem bukłak. Kolega z obsługi pomógł mi troszkę się omyć - od razu człowiek się lepiej czuje. Wtarłem w siebie trochę balsamu z filtrem UV bo już słońce hula na całego... lepiej się nie przysmażyć. Mięśnie nóg troszkę rozmasowałem wcierając w nie arabski specyfik - bardzo mi pomaga w regeneracji. Na sekundę usiadłem przy stole, zamieniłem kilka zdań z Łukaszem. Wygląda na padniętego. Szybkie przepakowanie plecaka - co niepotrzebne to out do worka. Plecak mocno mi schudł :) Ja pewnie jeszcze bardziej niż on ;) Łukasz potwierdza, że definitywnie kończy na tym punkcie. Przybiliśmy piątkę, Łuki prosi żebym zrobił mu fotkę. OK. Czas na mnie. Myślę że 10 minut tam nie spędziłem. Ten punkt zrobił wiele dobrego. Czuje się bardzo rześko, nogi super - jakbym dopiero zaczynał bieg. Cisnę!
Droga krzyżowa...
Opuszczam Bardo, wejście w las i co? Zaczyna się droga krzyżowa. Dosłownie. W tym regionie jest ich mnóstwo na szlaku. Najpierw podbiegam, jest stromo! Do mety ok 37-38km - ta refleksja mi troszkę zluzowała tempo.
Robię to podejście. Telefon dzwoni... "wybiegałeś z punktu w Bardo?", mówię że tak. "bo Cię przez sekundę widziałam i zaraz zniknąłeś w lesie". Żona przyjechała na punkt dać buziaka. Się rozminęliśmy. Mówię, że jestem już po jednym podbiegu, w trakcie drugiego i już się nie wrócę do punktu. Ale żeby przyjazd nie poszedł na marne to mówię, że Łukasz został na punkcie i może go zgarnąć do Lądka. Nie będzie się musiał chłopak tam kisić i czekać na transport. Ja tym czasem lecę dalej. Kolegę mijanego przed dobiegnięciem na przepak w końcu doganiam. Leci on w sumie cały czas jednym tempem. Chwilkę pogadaliśmy, troszkę się odmuliliśmy bo jednak to zawsze inaczej z kimś zagadać. OK, podejście, napieram - kolega trzyma swoje tempo - "do zobaczenia, powodzenia", pożegnaliśmy się. Od tego momentu cisnąłem dość mocno. Myślę że na 70-80%. Część podejść atakowałem truchtem a wszystkie pozostałe szybkim marszem. Do przełęczy kłodzkiej udało mi się wyprzedzić kilku biegaczy. To zawsze trochę podbudowuje - znaczy, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. Jestem świadomy, że to jak ułożył się ten bieg skutkuje moją pozycją - na bank zamykam stawkę. O ile te 30 km przed Bardo mijaliśmy się z biegaczami, tak później tylko nas mijali... i to coraz rzadziej. Około 15:30 jestem na punkcie Przełęcz Kłodzka - kilometry mi się zgadzają z tymi co pokazuje mi GPS. To dobrze. Zostało około 25km. Czuję się dobrze. Napęd daje radę. Głowa myśli pozytywnie, jest silna motywacja. Nie tracę specjalnie czasu na punkcie - tu kolejni biegacze rezygnują. Ktoś tam siedzi, ktoś leży, komuś kolana nie niosą... kilka kubeczków wody na głowę. Coli już nie ma! Spiłem resztki... ruszam.
Patelnia asfaltowa, powolne smażenie
Około 40 minut po opuszczeniu przedostatniego już punktu odżywczego to był powolny proces smażenia żywcem :P Otwarta przestrzeń, czarny asfalt, dookoła pola zbóż. Dosłownie po paru minutach biegu czuję, że mój buff na głowie robi się suchy. Po 2 kilometrach jest suchy jak pieprz. A na punkcie cały od pasa w górę byłem mokry. Ależ musi grzać. Zaprawiony jestem w biegach w takich temperaturach, chyba jestem jakiś ciepłolubny.
Po takim zmęczeniu jednak temperatura dokucza i męczy jeszcze bardziej. W końcu cień. Droga zamienia się w szutr, potem leśny szlak. Jest przyjemnie. Zerkam na ściągawkę - profil trasy na numerze startowym. Czekają mnie dwa podejścia na tym 12 kilometrowym odcinku. Profil nie przeraża, powinno być fajnie. W rzeczywistości trochę ten profil wyglądał inaczej, ale zupełnie przyswajanie :) Pierwsze podejście w ogóle mi się nie dłużyło, poszło szybko i sprawnie. Drugie troszkę odczułem ale to ze względu na to, że momentami przebijało się palące słońce.
Cała naprzód!
Koło 98 km trasy krótszych biegów połączyły się z naszą. I to był największy wiatr w żagle jaki odczułem podczas całego tego biegu. Zanim doleciałem do Orłowca udało mi się wyprzedzić kilku biegaczy z trasy 68km. I ten piękny zbieg do punktu w Orłowcu. Super było! Wodopój zaliczyłem szybko. Na nim niespodzianka, Karolina czeka :) Kilka kubeczków coli (na poprzednim punkcie nie uraczyłem koli więc miałem tym większą ochotę), kilka kawałków pomarańczy i lecimy dalej. Ostatnie 12 km to już na tyle mocno ile zostało już siły. Bez przeginania, nic na 100% żeby się nie spalić kilka kilometrów przed finiszem. Z wyczuciem podejście. Łykam biegaczy ze złotego maratonu, łykam biegaczy na 68. Morale rosną :) Cały czas biegiem. Półtorej - dwa kilometry przed finiszem motywuję idących biegaczy "dawać, dawać, już kawałek do mety"... Lądek, pierwsza krzyżówka... i prosta pod dom zdrojowy... Lecimy! Wszyscy już biegną! Przechodnie kibicują. Kuracjusze pod swoimi pensjonatami czy jak to tam się nazywa - kibicują. Ale fajnie. Jest ulga. Meta to już formalność! Na metę wlatuję ze świetnym samopoczuciem - nic nie dokucza, nic nie boli. Jest Super!
Na metę wlatuję z flagą. Spiker (co zdarza się zawsze) mówi że to flaga Jeleniej Góry. Wbiegając na finisz szepczę na ucho że to flaga Rzepina - spiker koryguje informację :) Dają mi medal ... oho... zaszła pomyłka, dają mi zły medal, ten jest na 68km. Szybka sprawna akcja, zamieniają medal... tak. Kilka kubeczków coli, gryz arbuza. Padam na trawniku. Karolina wręcza mi zimne pyszne piwko... nie ma mnie!
Bo... czy te oczy mogą kłamać?
Skomentuj